Największe kłamstwa bankowe

2018-04-06
Wprowadzenie w błąd co do kosztów czynności bankowej należy traktować jako jeden z najwyższych przejawów nieuczciwości wymierzonej przeciwko klientom.

W 2018 roku przypada 10-lecie wybuchu globalnego kryzysu finansowego. Kryzysu, który polscy konsumenci i przedsiębiorcy odczuli w sposób dotkliwy i odczuwają do dziś. Był to pierwszy kryzys od momentu wstąpienia do Wspólnoty Europejskiej, czyli od momentu, kiedy nastąpił dość swobodny dostęp do operacji na rynku międzybankowym.

Eldorado 2007–2008
Polskie banki ten dostęp wykorzystały po mistrzowsku, lata 2007–2008 to było istne Eldorado w tej branży, jeżeli chodzi o zyski. Obecnie można stwierdzić, że w znacznej części zyski te zostały wypracowane nieuczciwie, za pomocą wprowadzania klientów w błąd i zatajenia informacji co do rzeczywistych kosztów usługi oraz w oparciu o księgowanie zdarzeń gospodarczych, które nie miały miejsca. Dzięki mechanizmom inżynierii finansowej i dostępowi do rynku międzybankowego banki generowały wynagrodzenie tam, gdzie zgodnie z treścią umowy wynagrodzenia miało nie być, a klienci już na starcie umowy ponosili koszty (straty), o których nie mieli pojęcia.
Przykładem zarabiania przez banki na takich „darmowych" czy „bezkosztowych" produktach były m.in. opcje walutowe, transakcje cirs oraz kredyty tzw. walutowe. Większość tych umów nie przewidywała żadnego wynagrodzenia na rzecz banku za samo zawarcie umowy, a paradoksalnie na zawarciu takiej umowy banki czerpały największe marże – dzięki zatajeniu informacji o cenie/koszcie przed klientem oraz księgowaniu zdarzeń, których nie było.

Opcje walutowe
W mechanizm zerokosztowych struktur opcyjnych wpisane były dwa cele – z jednej strony klient kupował opcje (w celu zabezpieczenia ryzyka kursowego), z drugiej strony klient w celu sfinansowania tego zakupu nie płacił ceny, a sprzedawał (wystawiał) na rzecz banku opcje. Innymi słowy – klient finansował zakup opcji poprzez zobowiązania i ryzyka wynikające ze sprzedanych opcji (ostatecznie to właśnie te zobowiązania i ryzyka z opcji sprzedanych, a nie kupionych były źródłem milionowych strat firm). Poziom tych zobowiązań tj. wysokość nominału sprzedaży waluty miał być tak dopasowany przez bank, aby cena opcji sprzedanej przez klienta równała się cenie opcji kupionej przez klienta i w efekcie kompensaty wzajemnego obowiązku zapłaty ceny, żadna ze stron nie musiała płacić w momencie zawierania struktury. Dlatego też większość banków w potwierdzeniach transakcji jako cenę opcji (premię opcyjną) wskazywały albo „0,00 zł" (czyli efekt kompensaty) albo stwierdzenie, iż żadna ze stron nie zapłaci ceny (premii) za nabycie opcji (z uwagi na równość cen). Z tych postanowień umownych jasno wynikało, iż bank za samo zawarcie umowy opcji miał nie generować żadnego wynagrodzenia czy marży. I to tu było zawarte największe kłamstwo opcyjne dotyczące „zerokosztowych struktur" – właśnie w momencie zawarcia takiej „zerokosztowej" transakcji banki osiągały nieujawnione, nieuzgodnione i nieprzewidziane w umowie wynagrodzenie.

Wynagrodzenie banku wynikało z faktu, iż wbrew treści umowy, określone przez bank parametry opcji (głównie asymetria nominałów i bariera ograniczająca zysk klienta) nie służyły zrównoważeniu cen za wzajemnie sprzedawane opcje a wręcz odwrotnie. Opcje, które klient sprzedawał do banku (w celu sfinansowania zakupu przez klienta opcji), okazały się kilkukrotnie droższe niż opcje, które klient kupował od banku. Bank nie płacił klientowi różnicy i dzięki temu księgował swoją marżę. Aby osiągnąć zamierzony przez klienta cel gospodarczy tj. aby cena opcji sprzedanych na rzecz banku była równa cenie opcji kupionych od banku, nominały opcji sprzedanych (czyli zobowiązań i ryzyk klienta) powinny być kilkukrotnie niższe. Kilkakrotne zmniejszenie nominału zobowiązania względem banku miało fundamentalne znaczenie dla klienta, gdyż oznaczałoby, iż ostatecznie niekorzystne rozliczenie pojedynczego klienta byłoby o kilka/kilkanaście milionów mniejsze. W istocie, wskutek działań banków nieświadomy klient zaciągał zobowiązanie wielokrotnie wyższe, niż było to konieczne do sfinansowania zakupu opcji od banku. Okazuje się zatem, iż klienci rzekomo „zerokosztowych" struktur zawierali je już ze stratą w momencie zawarcia. W wielu przypadkach tak było zwłaszcza w produktach typu TARN z tzw. maksymalnym zyskiem, strata poniesiona przez klienta w momencie zawarcia transakcji była wyższa niż maksymalna możliwa korzyść klienta w trakcie życia transakcję, co zupełnie pozbawiało sensu ekonomicznego taką transakcji. Żadna racjonalnie myśląca i świadoma osoba nie zawarłaby umowy, na której strata w momencie zawarcia jest wyższa niż potencjalna, maksymalna korzyść w trakcie trwania umowy (może poza pełnomocnikami banków, którzy wykazują racjonalność takiej umowy).

Transakcje CIRS
Polskim klientom serwowano również jeden z najbardziej spekulacyjnych produktów, jaki można było zaoferować blisko dekadę temu - transakcje CIRS Tu również banki zarabiały tam, gdzie klient tego nie widział i również kosztem niewiedzy klienta oraz wystawienia go na wyższe ryzyko. Banki generowały ukrytą marżę w momencie zawierania transakcji, jak i w momencie jej zamykania. Klient zawierał transakcję CIRS z ujemną wyceną (stratą), o czym naturalnie nie wiedział, gdyż nie miał dostępu do algorytmu i parametrów rynkowych służących do wyceny takich instrumentów. Bank księgował w swoich dokumentach wymianę waluty złotówkowej na jen japoński, chociaż do takiej wymiany nigdy nie dochodziło. Zysk banku za samo zawarcie transakcji, która miała nie wiązać się z żadnymi „kosztami i prowizjami" (tak zachwalał produkt jeden z banków na swojej stronie internetowej) wynosił kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy złotych. Po jakimś czasie od zawarcia transakcji do klienta dzwonił pracownik Banku z rekomendacją zamknięcia transakcji i wypłatą dla klienta rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Okazuje się, iż bank wypłacał zaledwie część kwoty należnej klientowi, resztę sobie zatrzymując. Nierzadko później pracownik banku dzwonił z kolejną propozycją zawarcia transakcji (gdzie księgował kolejny niewidzialny zysk), a następnie z propozycją zamknięcia z wypłatą dla klienta (i dalszym księgowaniem ukrytego zysku dla banku).

Kredyty CHF
Kredyty tzw. walutowe to także produkty, na których banki największe przychody generowały tam, gdzie ich miało nie być, czyli z tytułu prowizji i uruchomienia kredytu. W znacznej części tego typu umów w miejscu „prowizja" za uruchomienie kredytu wpisywano zero proc. Natomiast w rzeczywistości za uruchomienie kredytu bank księgował marżę odpowiadająca wysokości 6–8 proc. wartości uruchamianego kredytu, zatem czasem ponad dwukrotnie więcej niż analogiczny kredyt w złotówkach. Co istotne – bank robił to w oparciu o fikcyjne zdarzenie prawne ujęte w swoich księgach, jakim była fikcyjna umowa zakupu (sic!) od klienta waluty i natychmiastowa sprzedaż tej waluty na rynku międzybankowym. Do tego właśnie bankowi były potrzebne jego własne tabele kupna („kupić" taniej od klienta) i sprzedaży (sprzedaż drożej na międzybanku) no i oczywiście „owca do strzyżenia", czyli klient, który figurował (nieświadomie) jako druga strona fikcyjnej umowy sprzedaży waluty.

Republika Bankowa
Koszt nabycia jakiegokolwiek produktu czy usługi – telewizor, pralka, samochód czy produkt bankowy – to najważniejsza dla klienta informacja. Wprowadzenie w błąd co do kosztów czynności bankowej należy zatem traktować jako jedną z największych nieuczciwości wymierzonych przeciwko klientom, bo popełnione jest przez instytucję zaufania publicznego zarządzającą środkami klienta, zwłaszcza że ustawa prawo bankowe kładła duży nacisk na to, aby umowy i regulaminy zawierały transparentne informacje o kosztach produktów bankowych. Świadome wprowadzenie w błąd skutkujące niekorzystnym rozporządzeniem majątkiem klienta – to po prostu przestępstwo oszustwa. W krajach, w których organy ścigania lub nadzoru nie działają wyłącznie teoretycznie, można byłoby się spodziewać natychmiastowej reakcji na opisane wyżej mechanizmy. W krajach o ustroju republiki bankowej przedstawiciele banków mogą spać spokojnie, nigdy nie poniosą indywidualnej odpowiedzialności za swoje przewinienia. W najgorszym wypadku odszkodowanie zapłaci bank jako instytucja, a więc de facto klienci banków w wyższych kosztach usług bankowych.
Gdyby zwykły Kowalski wprowadzał swoich klientów w błąd co do kosztów zawarcia umowy lub księgował w dokumentacji firmy zdarzenia, które nigdy nie miały miejsca i wskutek tego wyrządził szkodę rzędu kilku tysięcy złotych, niewątpliwie uruchomiona zostałaby cała machina państwowa (i słusznie zresztą), aby pociągnąć go do odpowiedzialności – policja, prokuratura, sądy, urzędy skarbowe.

Przedstawiciele banków komercyjnych natomiast, pomimo potencjalnego wprowadzenia klientów w błąd co do kosztów i wyrządzenia szkód rzędu setek milionów złotych, raczej nie poniosą odpowiedzialności. Parafrazując dość znane powiedzenie, można rzec, iż szkoda rzędu kilku tysięcy złotych wyrządzona przez przeciętnego Kowalskiego to delikt wymagający interwencji wielu instytucji państwowych. Szkoda rzędu setek milionów wyrządzona klientom przez banki to już tylko statystyka. Cechą charakterystyczną państw o ustroju republiki bankowej jest to, iż w takich republikach za nieprawidłowości pociąga się do odpowiedzialności każdego z wyjątkiem właśnie przedstawicieli banków komercyjnych. W republikach bankowych ściga się i skazuje sędziów, adwokatów, lekarzy, artystów, nawet zdarzy się i polityków. Ale ze świecą szukać wyroków czy nawet aktów oskarżenia przeciwko członkom zarządów banków komercyjnych. Jest to o tyle smutne, iż dowody wprowadzania w błąd klienta co do kosztów są na wyciągnięcie ręki, znajdują się w księgach banku, wystarczy zobowiązać bank do udzielenia informacji, ile zarobił w momencie zawarcia „darmowej" umowy, w tej, w której jako wynagrodzenie wpisał zero złotych lub zero procent.

Zdaniem eksperta
Pokrzywdzeni opcjami walutowymi i cirsami nie doczekali się państwowych rozwiązań systemowych, podobnie kredytobiorcy frankowi zdaje się, nie mogą się doczekać realnych działań państwa. Poszkodowanym pozostaje indywidualne toczenie sporów. Światełkiem w tunelu dla takich działań może być wyrok Sądu Najwyższego z 8 września 2017 r. (sygn. II CSK 845/16), gdzie sąd wskazał, iż błąd co do kosztów nabycia produktu bankowego może uderzać w istotę zawieranej umowy z bankiem, gdyż błąd ten decydował o złożeniu przez klienta określonego oświadczenia woli i przyjęcia na siebie określonych zobowiązań oraz ryzyk, nawet jeżeli sama konstrukcja umowy mieściłaby się w ramach swobody kontraktowania. W realiach tamtej konkretnej sprawy sąd odniósł się do dysproporcji ceny opcji kupowanej i do ceny opcji sprzedawanej (mechanizm tej różnicy w cenach opcji opisałem powyżej), choć w potwierdzeniach transakcji bank wpisywał „zero złotych". Niemniej wydaje się, iż rozważania sądu można transponować do każdej umowy, w której bank wprowadzał w błąd co do kosztów. Sąd Najwyższy wskazał również, iż za zachowania wprowadzające klienta banku w błąd można uznać także nieudzielenie informacji wymaganych przez lojalność kontraktową. Za informacje wymaganą przez lojalność kontraktową bezwzględnie należy uznać informację o kosztach umowy.

Artykuł ukazał się w dzienniku "Rzeczpospolita" w dniu 06-04-2018r.